Cześć!

Czasem mam tak, że po prostu muszę się gdzieś wyrwać… Człowieka nosi i nosi. I tak było wlasnie w ubiegły weekend – mimo, że cały tydzień mocno działalam

fotograficznie – czułam, że weekend musi być również z aparatem w ręku. Ale nie byle gdzie!

Padło na wschód słońca.

Mordęga. Dla takiego śpiocha jak ja.

Ale zebrałam się w sobie – bowiem i miejsce było cudowne.

Góry Stołowe.

Pojechaliśmy w trójkę i weszliśmy na Szczeliniec Wielki. Szybko jednak  schodząc z głownego szlaku – zaszyliśmy się z aparatami nieopodal – jednak na na tyle daleko, by mieć ciekawsze kadry bez niechcianych w tym momencie turystow 😉

Cześć!

Trafiłeś na bloga – zatem zapewne chciałbyś wiedzieć coś więcej o mnie.

Piszę to w momencie gdy już rzuciłam w eter datę „otwarcia” strony. Szum niczym przy otwarciu nowego Lidla – ale dla mnie (i pewnie dla każdego artysty)

ogłoszenie światu swojej strony www to COŚ.

A u mnie to COŚ trwało i trwało.

Pisanie i robienie zdjęć towarzyszyło mi właściwie od liceum. Dlatego postaram się, by ten blog  nie tylko dawał mi upust w kwestii zdjęć, backstage – które nie pojawią się

na głównej stronie – ale również w kwestii pisania.

Powyższe zdjęcie z czasów, gdy nie wyobrażałam sobie weekendu bez urbexu – bez wyjazdu w jakieś opuszczone miejsce.

Od tego zaczęła się moja poważniejsza przygoda ze zdjęciami.

I choć teraz takie wyjazdy są rzadkością – to miłość do takich miejsc pozostała.

 

Fajnie, że wpadłeś.